
Od narodzin O-szczeniąt minęły wczoraj dwa tygodnie. Dziś piję w spokoju pierwszą kawę w łóżku i z radością patrzę na rosnącą w mgnieniu oka sforę kolorowych potworków.
Mechaniczna Pomarańcza jest herod-babą. Sama nie wiem czy jest Mechaniczną Pomarańczą, czy Freddim Kruegerem. Przy tym o pazury swoje dba od momentu, kiedy komórka jajowa jej matki została zapłodniona. Regularne wizyty u manicurzystki doprowadziły jej pazury do perfekcji kształtu, twardości i ostrości. Łapami więc macha przy jedzeniu i demonstruje ten wymuskany manicure skutecznie na moim przedramieniu, które wygląda jak ręka nieudolnego samobójcy, który chciałby podciąć żyły źdźbłem trawy.
Pan Zielonka każdą butelkę mleka obciąga do ostatniej kropli. W ogóle ten miot dużo rzeczy obciąga, bo czymś cycek matki musi sobie zastąpić. Brownie jest specjalistą od srania – robi to na śpiąco. Można by się pokusić o nazwanie go leniem, ale patrząc na niego przy butelce mleka nikt tego nie powie. Ludwiczek jest słusznych rozmiarów, duży brzuszek mieści dużo mleczka, a potem robi duże kupy. Często te kupy zdobią głowy jego sióstr, bo Ludwiczek srać w towarzystwie lubi. Szarusie trzymają się razem, dużo jedzą i śpią. Lubią obciąganie. Wadera ma wiele wcieleń – jest naszą czarną znajdką, która odejść za tęczowy most nie chciała. Obiecała wrócić i wróciła. Jako pierwsza przyszła na świat. Jest też najbardziej elegancką damą. Od pierwszych chwil jej życia na ziemskim padole podziwiam, jak układa swoje ciało. To borzojka z obrazu Jean-Gabriela Domergue – Kobieta z chartami. Tak, taka jest Wadera w tym wcieleniu.
Okruszynka doszła do siebie i mimo, że mniejszych rozmiarów i delikatniejsza po stokroć nie ustępuje w walce o butelkę Mechanicznej Pomarańczy. Balbinka nie jest już szarą gąską, która przez kilka dni odmawiała jedzenia i walczyła o przetrwanie. Otworzyła swoje ślepia i doszła do wniosku, że jednak świat jest piękny, mimo, że całkiem inny, niż ten który znała z łona matki. Fioleciak-Paleciak jest chłopem morowym. I do cycka się przytuli, uśnie podczas jedzenia, kupę zrobi w oddaleniu, a nie na głowy swojego rodzeństwa. Fajny jest facet. Fajna jest też jego siostra. Błękitek będzie ruda jak marchewka!
Siedzę i patrzę na tą kolorową zgraję z radością. Ta radość wróciła niedawno. Wróciła wtedy, kiedy maluchy przestały nawiedzać biegunki, kiedy zaczęły przybierać na wadze i chętnie jedzą każdy podany posiłek. Radość wróciła, kiedy batalia o życie ich mamy została wygrana.
Dokładamy starań, aby wszystko szło najlepiej jak powinno. Nie zawsze mamy na to wpływ, albo nie znamy możliwości rozwiązania problemu. Nie wydalone, przyklejone do ścian macicy łożysko rozkłada się w tempie błyskawicy, tak samo szybko infekuje organizm. Kolejne leki nie dają efektu – na efekt trzeba czasu, a tego nie mamy. Temperatura 42,5 stopnia zbić się nie daje niczym. Przychodzi moment, gdzie wszyscy rozkładają ręce, a my możemy tylko co minutę zmieniać zimne okłady, aby zabierać to zabójcze ciepło z jej ciała.
Mimi wróciła do nas o 4 nad ranem. Wskoczyła do łóżka – najzwyczajniej.
Mamą dla borzojowych maluszków jestem od drugiej doby ich życia ja. Zapominałam jeść i chyba po trosze oddychać. I normalnie żyć. Rozklejałam się widząc rzadką kupę, bo mam świadomość jak szybko następuje odwodnienie u szczenięcia i jak łatwo je stracić. Świat na te dwa tygodnie zamknął się w czterech ścianach mojej sypialni.
Niby jestem hodowcą, ale moje doświadczenie w tej materii było znikome. Poprzednie, z perspektywy czasu idealne wręcz porody pozwalały cieszyć się i obserwować maluchy i dbającą o nich charcią mamę. Tym razem nieoczekiwana zamiana miejsc wystawiła mnie na próbę. Trudną i ciężką. Wystawiła na próbę moją rodzinę, lekarzy weterynarii, którzy w dzień i w nocy byli obecni na poligonie. Hodowców, którzy podzielili się ze mną doświadczeniem i historiami nieplanowanych przypadków.
Wszystkim Wam dziękuję, kochani.
Chciałabym bardzo powiedzieć, że ten egzamin zdałam, wszyscy zdaliśmy, ale na to jeszcze chwilę poczekamy.
Ob-la-di, ob-la-da, life goes on, bra…

