
Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte odcisnęły piętno nie tylko na mojej świadomości i życiu. Te lata były fajowe. Fajowy był też jedyny w swoim rodzaju rocznik. Rocznik siedemdziesiąty pierwszy. Był najfajniejszy, bo to początek dekady. Potem już poszło. Dorastanie, Izaura, Alexis, Bruce Lee i te sprawy. Sprawą był również Okrągły Stół, choć to kolejna już dekada. I kolejna bajka.
Dziś po przeszło czterdziestu latach siedzę przy biskupickim stole z niejaką K. W sumie mamy prawie sto lat. Nie ma przepychanek, bo obie urodziłyśmy się w tym samym roku. Obie dorastałyśmy w podobnym politycznie środowisku.
Wiek pozwala nam już nie przepychać się, a celebrować. Celebrować wzloty i upadki. Nie tylko nasze. Przeszłyśmy niejedne wybory, obejrzałyśmy nie jeden serial. Do nich właśnie dziś wrócimy, a na Okrągły Stół przyjdzie czas. Doczekamy.
Psy po kolacji usnęły w fotelach, my zasiadłyśmy przy rzeczonym stole na obgryzionych przez rezydentkę Gagę krzesłach.
Za ścianą cichutko popiskują niedawno narodzone borzoje. W sumie siedem ich jest. Wśród nich jedna rodzyneczka dziewczynka.
Imiona borzojowych maluchów normalne być nie mogą. Nie może być Marysi, Marylki czy Malwy, bo przyszła kolej na imiona, które rozpoczynają się na literę M. Nie będzie również rosyjskich imion, jak wskazywało by pochodzenie rasy.
Będzie wspomniana powyżej celebracja życia, młodości, wspomnień. Niech te borzojowe maluchy na literkę M niosą ze sobą beztroską młodość naszego życia. Niech niosą siłę i charyzmę, jaką mieli nasi bohaterowie.
Aby jednak zadziała się magia, aby młodsze pokolenia wiedziały, że lekko nie było, na stole zagościć musi dużo M-trunku. Wszystkim znane Martini, czy Merloty to niby przeżytek, wspomnieć je jednak należy.
Fortuna rotunda est – mawiają, czyli nasze polskie – raz pod wozem, raz na wozie. W życiu tak jest. Przekonałam się o tym ja, przekonała się o tym nasza bohaterka filmowa.
Która dziewczyna nie zazdrościła Julii Roberts, kiedy pędziła Lotus Esprit Richarda Gere’a. Jest kult? Dlatego właśnie jedyna nasza gwiazdeczka w miocie będzie miała imię godne tej bohaterki. Niech żyje wiedząc, że wszystko jest możliwe. Mamy więc MRITI ŁOMAN z Jurajskich Biskupic. Ona urodziła się jako pierwsza. Cool’towa borzojka to będzie. Zobaczycie!
Życie to odwieczna walka dobra ze złem. Zniewolenia z wolnością, miłości z nienawiścią. Nie może być nijako i nie można mieć wszystkiego po prostu z chciwości. Życie ma wiele odcieni, mimo, że chcielibyśmy widzieć tylko te różowe. Kruchość Izaury przewrotnie była siłą, a pewność Leonsja słabością, ciemną stroną mocy. Nasz MLEONSJO z Jurajskich Biskupic to wspomnienie tego serialu, który często oglądałam zza oparcia fotela, bo dla małej dziewczynki w zbyt dużym stopniu był brutalny. Złożoność charakteru borzoja oddaje ten serial doskonale. Przypieczętować należy na koniec happily ever after. No! I jeszcze aby było wszystko jasne – miłości kupić się nie da (w tym przypadku). Na miłość trzeba zapracować. Dobrem oczywiście.
Ale! W życiu nie można być za dobrą. No chyba, że przy boku stoi człowiek silny, mądry, bez kompleksów i do tego obrzydliwie bogaty. Pamiętacie Blake’a Carringtona z Dynastii? Pamiętacie piękną Cristal i przebiegłą Alexis? Życie, po prostu! Takiego życia chciałabym u boku takiego przystojniaka. Kto będzie miał tą radość zamieszkać z MLEJKIEM KARINGTONEM z Jurajskich Biskupic? Z pewnością dobry szczęściarz!
Mroczki można mieć przed oczami. Mam je często. Z przepracowania oczywiście. Mroki i ciemności mogą zadomowić się w naszej głowie, jeśli nie idziemy do przodu. Życie trzeba brać za bary. Przywalić z piąchy jeśli trzeba i przeć do przodu, Rocky Balboa to potrafił.
Trzeba walczyć, czasami do utraty tchu. Nie rozpamiętywać, nie przestawać. Czasami ktoś poda pomocną dłoń, wtedy należy ją przyjąć. Jest łatwiej, choć honor nie pozwala.
Czasami od dojścia na szczyt dzieli nas tylko jeden krok. Maluteńki. Zapomnijmy o mroczkach i pozwólmy sobie na niego. Kurna lody z MROKI BALBOA z Jurajskich Biskupic każdy zdobędzie się na odwagę. Nie każdy jednak będzie mógł go posiąść.
Mały, a wariat mówią. Doskonale pamiętam dzień, w którym mój tato zgodził się ze mną pójść do kina. O Bruce Lee opowiadano legendy, a ja małolatem jeszcze byłam. King Bruce Lee, karate mistrz – śpiewał Franek Kimono. A ja cholera jeszcze tego nie widziałam! Pierwszy rząd w kinie nie jest najwygodniejszy do oglądania kultowego filmu, ale nic innego nie było. Musiałam to zobaczyć. Tato zasnął, a podczas jego snu była legenda Bruce’a. Powiew wschodu, siły, sprytu, mądrości, wygranej walki. Ikona w końcu, nie? Przystojny też był w cholerę ten mały spryciarz. Wtedy. I bez względu na okoliczności przyrody, słońce, deszcz, tabuny wrogów wygrywał. Dobre miał serce ten niewysoki karateka. Taki sam jest nasz MRÓZ LI z Jurajskich Biskupic. Nie wiem, czy wypuszczę go ze swoich rąk.
Tak właśnie zastanawiam się nad tym co robię, nad tym co piszę. Zastanawiam się nad imionami borzojów, które kiedyś ukochałam. Czy nie powinny być dostojne, dystyngowane, dumne? Przeżytek! Miot na D już dawno się urodził. – W tym szaleństwie jest metoda! – wyrokuje K. , kończąc czytanie powieści. Tak, bajka musi trwać, kolejną część trzeba napisać. Ktoś musi podać dalej. Trzeba wariata, co będzie zbawiać świat. Trzeba nam takich, którzy szklane domy budują. Od tego się zaczyna. To się pamięta, o tym się marzy. Czyż realny był Ace Ventura? Nie wiem, ale wiem, że za ścianą mordę drze MEJS WENTURA z Jurajskich Biskupic. On już zbawia świat.
Życie serwuje nam wiele okazji i możliwości, by wykazać się mądrością, iść za głosem serca. Smutne, jeśli idziemy za głosem żądzy władzy i siły. Chcemy więcej, łudząc się, że będzie lepiej. Że zagwarantuje to nam dostatek, dobrobyt i władzę. To „więcej” tylko i wyłącznie zaślepia nas, wyłącza czucie i instynkt.
Któż choć raz nie zbłądził? Któż nie przeszedł na ciemną stronę mocy? Ten kto tam został, jest stracony. Ten kto wrócił, po tysiąckroć silniejszy. Darth Wader dotknął wszystkiego i wrócił tam, gdzie trzeba. Dobrze wrócił.
Jaki będzie MLORD WADER z Jurajskich Biskupic? Nie wiem. Wiem jednak, że napisze piękną historię.
K. skończyła czytać powieść. Nadchodzi wieczór. Przed nami jeszcze dużo pracy. Kury trzeba zamknąć, psy nakarmić. Borzojowe maluchy M. zaopiekować i przytulić ich mamę.
Jednak jak zawsze, kiedy rodzą się w Biskupicach borzojki dzieje się magia. My wybieramy tą jasną, dobrą, nie zapominając również, że jest i druga strona medalu. Nie traci się wtedy tej życiowej uważności, która pozwala odróżnić jedno od drugiego.
Jutro kolejny dzień z maluchami, które mają już swoje imiona, mają charaktery. Są. A my przy kolejnym łyku M-trunku zapodamy sobie dziś ten słynny kultowy MRITI ŁOMAN, który z mniejszą lub większą częstotliwością puszczają w różnych stacjach tv. Bo lata w których dorastałyśmy były fajowe. Co nie?
RODOWÓD/ PEDIGREE
Więcej fotek wkrótce.
